Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czuć luz. Pokaż wszystkie posty

#7 Czuć Luz! - Zmarnowany potencjał Divas Revolution

Dzisiejszy odcinek może być dla niektórych ironiczny. Niedawno zapowiadaliśmy huczną rewolucję na naszym blogu, a póki co wydaje się, że jest cicho. Niech was to jednak nie zwiedzie, ponieważ nasze milczenie nie oznacza opieprzania się i pierdzenia w stołek, a pracę nad stroną organizacyjną i techniczną pewnej nowości, która wkrótce do was dotrze i to na pewno, ponieważ wszystko już jest klepnięte. Przechodząc już do właściwego tematu - Rewolucja Div w WWE, zapraszam!



Zmarnowany potencjał Divas Revolution



Kobiety z NXT czyli Charlotte, Sasha Banks, Becky Lynch i do tego jeszcze Bayley ( która jak wiemy nie bierze udziału w rewolucji przez kontuzję przed jej rozpoczęciem ) sprowokowały coś co w głównym rosterze nazwano Divas Revolution. Długotrwałe panowanie sióstr Bella miało zostać przerwane przez świeżą krew, która bije Nikki i Brie na głowę w każdym aspekcie. Trzeba przyznać, że początkowe momentum tej akcji było niesamowite i nie było lepszej szansy na jej rozpoczęcie aniżeli to co ujrzeliśmy - debiut wszystkich trzech pań jednocześnie. Wtedy WWE pokazało, że potrafią coś zrobić dobrze. Face'owe Charlotte i Becky Lynch pod swoje skrzydła wzięła niejednokrotnie oszukiwana przez Bellaski Paige, a Heelowa Sasha Banks dołączyła do Taminy i Naomi tworząc Team BAD. Paige, Tamina i Naomi odzyskały jako taki blask ( druga drużyna w dużej mierze zawdzięcza to fenomenalnej Sashy ), a siostry Bella bardzo szybko zostały sprowadzone do roli przegranych. Kiedy wszystko wydawało się zmierzać w dobrym kierunku... wszystko trafił szlag, na dobrą sprawę szybciej niż panie zdołały nabrać rozpędu.

Oryginalny scenariusz z całą pewnością zakładał szybkie przejęcie pasa Div przez którąś z nowych twarzy. Newsy mówią o powtórce z debiutu Paige, której rolę tym razem miałaby odegrać Charlotte. Czy to by nie było świetne rozpoczęcie Divas Revolution? Spora część z was mówi, że akurat Charlotte najmniej zasługuje na tytuł i za dużo zawdzięcza ojcu, który wepchnął ją do biznesu. Jest w tym ziarnko prawdy, ale o wpychaniu ( nie tylko do biznesu ) więcej wie obecna jeszcze mistrzyni - Nikki Bella... i teraz zacznie się robić trochę ostrzej i nieprzyjemniej.

Wspomniany wcześniej oryginalny scenariusz rewolucji div został zablokowany. Przez kilka tygodni panie z trzech wrogich drużyn walczyły ze sobą. W Tag Teamach, solowo, przerobiliśmy już chyba większość możliwych konfiguracji. Nagle Charlotte otrzymała Title Shota na pas Nikki. Stawka bardzo wysoka, ponieważ Flairówna miała szansę na zatrzymanie runu mistrzyni na krótko przed pobiciem rekordu AJ Lee. No właśnie... miała szansę. Po ujawnieniu zakulisowych informacji i plotek jakoby Vince McMahon i w dużym stopniu John Cena zatrzymali przebieg Divas Revolution. O pozycji Nikki w WWE i jej powodach nie trzeba chyba już nikomu mówić. John Cena dowiedziawszy się o nieuchronnej porażce swojej ukochanej pobiegł i zasugerował, że lepiej, aby rekord miała lojalna pracownica zamiast kobiety będącej poza organizacją i do tego będącej żoną... uwaga, uwaga... CM PUNKA! AJ nigdy oficjalnie nie oberwało się za bycie partnerką Brooksa, ale ten fakt z pewnością został przemyślany przy okazji długo trwającego runu Nikki. Oczywiście oficjalnie to na pewno zbyt słaba reakcja fanów powoduje zatrzymanie w miejscu rewolucji. Problem jest jednak w tym, że to bzdura. Fani reagowali na nowe twarze, większość z nich znała je z NXT i wiedziała, że to może być hit. Jednak po dramatycznym zwolnieniu tempa ludzie już nie mają frajdy z oglądania tej eskapady. Jedynym ratunkiem dla rewolucji Div jest teraz wygranie przez Charlotte tytułu i kompletne wycofanie sióstr Bella z piedestału na rzecz bardziej utalentowanych kobiet, do których wkrótce może dołączyć nowy underdog i ulubieniec dzieci - Bayley. Nie wszystko jest jeszcze stracone, ale duża krzywda tej rewolucji została już wyrządzona i tego nie da się cofnąć, niesmak pozostanie.

WWE miało szansę przywrócić dywizję kobiet na poziom sprzed lat, kiedy oglądało się je nie tylko dla fajnego ciała. Tak jak wspomniałem, początek dał wiarę w to, że ta federacja nie musi wszystkiego spierdolić. Miało być inaczej... wyszło, jak zwykle. Panie z NXT zadomowiły się już w głównym rosterze i wkrótce przestaną być kojarzone z czymś nowym, sensacją, która wtargnęła szturmem na Raw i zrobiła porządek z całym tym burdelem. Aż strach pomyśleć co by było gdyby ktoś w podobny sposób chciał zablokować push oryginalnej grupy Nexus. Po rozgromieniu Ceny w ringu i zdemolowaniu jego okolic zapewne walczyliby jakby nigdy nic na Raw, aby po pewnym czasie znowu siać zamęt. Takich rzeczy ludzie nie kupują i nie ma w tym nic dziwnego. Widać tu gołym okiem kretyńską logikę WWE, według której zatrzymane nagle momentum da się odzyskać w kilka chwil. Niestety nie, szansa na obrót spraw w dywizji pań o 180 stopni narastała i dojrzewała od wielu miesięcy w NXT. Druga taka sytuacja może przez długi czas się nie przydarzyć.

A co wy myślicie o sposobie w jaki Divas Revolution zostało zablokowane? Czy macie jakieś usprawiedliwienie dla takiego stanu rzeczy? Zapraszam do podzielenia się swoimi przemyśleniami na ten temat w komentarzach!


-----------------------------------------------


Zdjęcia pochodzą ze strony www.sportskeeda.com

#6 Czuć Luz - internet zepsuł wrestling czy go ulepszył?

Na samym wstępie, zanim jeszcze w ogóle przejdę do właściwej części tego artykułu, chciałbym wam gorąco podziękować za odbiór relacji na żywo z WWE Summerslam. Był to pierwszy wpis na blogu, który przekroczył barierę 1000 odsłon! Zdaję sobie sprawę z tego, że rzeczywiście spora część z tego to odświeżanie strony przez czytelników, ale i tak jest to dla mnie sukces ( i dla całej ekipy ), ponieważ wcześniejsze relacje oparte na podobnej zasadzie nie zgromadziły aż takiej rzeszy odbiorców. Także cóż... gratuluję całej ekipie, że udało się to zrobić, nieskromnie pogratuluję też sobie, a my przechodzimy już do właściwej części szóstego odcinka "Czuć Luz". Wrestling obecnie bez internetu straciłby bardzo dużo, to nie ulega wątpliwości. Jest też jednak druga strona medalu... bez internetu łatwiej byłoby zaskoczyć i podporządkować sobie fana co z pewnością byłoby na rękę takiemu WWE. To zaledwie dwa zdania wstępu na temat poniższego artykułu, ale nie ma potrzeby żeby rozwodzić się bardziej, zapraszam!



Internet zepsuł wrestling czy go ulepszył?



Po pierwsze warto odnotować, jak wrestling wyglądał przed globalizacją i erą wszechobecnego internetu. Kayfabe to pojęcie, które jest raczej znane wszystkim smart fanom. Swego czasu był on wszędzie. Wrestlerzy nie wychodzili ze swoich ról nawet na chwilę. Z upływem czasu i przy udziale kilku ważniejszych wydarzeń - Kayfabe został złamany i chyba nikt już nie wierzy, że ci dwaj panowie bijący się w ringu są wrogami także w rzeczywistości. Kayfabe miał spory udział w tworzeniu magii wrestlingu, ponieważ według mnie postrzeganie tej rozrywki jako coś bardziej realnego było bardzo w porządku. Oczywiście teraz mogę zostać wyśmiany, ale takie jest moje stanowisko. Nie o Kayfabe chcę jednak dziś mówić, ale o czymś co pośrednio jest z tym związane i miało tak samo mocny wpływ. Mianowicie chodzi o udział internetu. No właśnie... jaka jest jego waga i w jaki sposób jest obecnie wykorzystywany jeżeli chodzi o wrestling?




Zacznijmy od tego, jak obecnie samo WWE wykorzystuje internet. Nawet kilka lat temu nie było takich programów w serwisie Youtube, jak 5 Things, JBL&Cole Show czy chociażby symulacje PPV przy użyciu gry WWE. Sama federacja wie, że internet ma ogromne znaczenie i może posłużyć do lepszego zintegrowania się z fanami. Zawodnicy też na własną rękę próbują zaistnieć w sieci swoimi vlogami ( idealny przykład Zacka Rydera, którego internetowy program miał wpływ na jego realny push ). Wszystkie te zabiegi w świecie wrestlingu wypadają in plus. Ludzie są ciekawi takich rzeczy, a WWE jako jedyne wychodzi naprzeciw oczekiwaniom i serwuje dość dobry jakościowo produkt "około-wrestlingowy". Nie można zapomnieć o Twitterze. To wynalazek, który w Polsce raczej nie przyjął się tak dobrze, jak Facebook czy Youtube, a nawet Instagram. Jest to jednak całkowicie inny format portalu społecznościowego. Gwiazdy WWE i osoby związane z biznesem korzystają z niego i jako fani możemy osobiście podpytać o co tylko chcemy. Przez samą federację Twitter był nawet wykorzystywany do rozgrzania feudu, ale na szczęście agresywnie tylko w przypadku feudu Ceny z The Rockiem. Z tych pozytywnych stron obecności internetu przy wrestlingu warto też wspomnieć o memach. Fani z całego świata potrafią tworzyć rzeczy, przy których można się uśmiać, a my mamy możliwość zobaczenia tego bez żadnego problemu. Ludzie czerpią garściami z wrestlingu w poszukiwaniu inspiracji do tworzenia różnych rzeczy. 

Na osobny akapit zasługuje też możliwość oglądania gal w wysokiej jakości w internecie. Kiedyś było to niemożliwe, a nieco później utrudnione. Teoretycznie nie jest to do końca prawe patrząc ze strony federacji, ale zwłaszcza dla polskich fanów ( wciąż dymanych w dupę... ) jest to nie lada udogodnienie. Wprawdzie WWE Network zaczyna dorzucać do swojej oferty stare gale, aby zachęcić widzów. Umówmy się jednak, że cena za usługę jest trochę śmieszna. Trochę cebulacko? No to proszę sobie wyobrazić, że nawet te 10 dolarów dla kogoś kto ogląda tylko Raw, NXT i PPV to lekka przesada. Okej, gdybym miał wolne 10 dolców to może bym je tak wydał, ale na dzień dzisiejszy pozostanę przy korzystaniu z różnych stron oferujących streamy albo uploady... i jestem pewien, że nie tylko ja jestem takiego zdania. Jednakże oglądanie gal w internecie to nie tylko sprawa WWE Network i tego typu rzeczy. Skoro jesteśmy smart fanami to nie wypada zapomnieć o tym, że zdecydowana większość mało znanych i niezbyt budżetowych federacji znajduje swoją niszę w internecie. To tam miejsce ma rozrywka, którą spora część z was naprawdę ceni kosztem mainstreamowego produktu. Gdyby fani nie szukali nowych rzeczy oferujących wrestling w sieci to takie miejsca by nie powstały, ale w myśl zasady "jest popyt, jest podaż"...

Są też bardziej negatywne strony tego, że wrestling wdarł się do internetu. Pierwszy przykład z brzegu - dzieciaki wydurniające się na materacach, próbujące zaistnieć. Może jest to naciągany przykład, ale mamy takiego małego fana wrestlingu, który bierze materac, kumpla i robią niebezpieczne akcje, kiedy brat tego drugiego wszystko nagrywa. Potem wrzucają to do internetu. Niestety żadna kampania żadnej z federacji nie zwalczy czegoś takiego, ponieważ to są dzieciaki, które nie są świadome sytuacji, w której się znajdują. Drugą rzeczą sprawiającą problem są wszechobecne spoilery i jest to chyba najgorszy minus, który według mnie strasznie... tutaj użyję dobitnego słowa, spierdolił wrestling. Nastąpiła generacja fana 2.0, który czyta wyniki tapingów, spoilery przed PPV, a później naprawdę ciężko jest go czymś zaskoczyć i on sam czuje się sfrustrowany tym, że wszystko jest przewidywalne. Istnieje grupa fanów, którzy stronią od spoilerów i chcą być zaskoczeni, ale pokusa jest jednak spora. Czasami nawet nieświadomie przeczytamy spoilery. Wystarczy wejść na pierwszy lepszy serwis z newsami i na dzień przed dużym PPV dowiedzieć się, że Sting/Lesnar/Undertaker pojawili się w mieście, w którym rozgrywana jest gala. Moim zdaniem to psuje widowisko, ponieważ będziemy wciąż czekać na pojawienie się któregoś z nich. Nie zawsze będzie to w ogóle miało miejsce, a wtedy to już w ogóle jest mało ciekawie jeżeli chodzi o samopoczucie po takiej gali...

Szukając argumentów na "nie", powinienem sięgnąć do wszelkich for wrestlingowych. Nie będę wymieniał z nazw, ale każdy chyba wie jakie dwa największe fora o tej tematyce działają u nas. Jedno z nich cechuje ogromna ilość dzieci i trolli wręcz uniemożliwiających użytkowanie portalu, a drugie wręcz przeciwnie. Masa "smartów" wiedzących o biznesie wszystko i podkręcająca śrubkę jeszcze bardziej niż my. Takie środowisko jest mocno opiniotwórcze ( choć dojrzali fani mogą być odporni na jakieś bzdury, ale pamiętajmy o tych młodszych czy mniej doświadczonych ) i wszystko byłoby okej, gdyby opinie kreowane przez nich były sensowne. Skacząc z jednego portalu na drugi ciężko utożsamić się z czymkolwiek. Nie jestem fanem ani jednego ani drugiego portalu i myślę, że jest to dość ważne do zaznaczenia przy braniu tego akapitu na poważnie.

Podsumowanie


Jak widać, plusów jest mimo wszystko nieco więcej niż minusów. Ocena tego czy internet ma negatywny czy też pozytywny wpływ na wrestling, jest raczej subiektywna. Każdy sam podejmie decyzję co do tego czy któryś argument przechyla szalę. Ja przez długi czas byłem zwolennikiem opcji, że najcięższą zbrodnią są wszechobecne spoilery i brak elementu zaskoczenia. Postanowiłem jednak przeprowadzić eksperyment i unikam od dawna miejsc, w których mogę się dowiedzieć "zbyt dużo" zwłaszcza przed dużymi galami. Wychodzę z tym na plus i przy takim sposobie obserwacji wrestlingu, bardzo dużo zyskały plusy jego obecności w internecie. Na dzień dzisiejszy uważam, że wynika z tego więcej dobrych rzeczy, a ilość tych gorszych sami sobie dawkujemy. Jaka jest wasza opinia na ten temat? Zachęcam do podzielenia się opinią, może ktoś widzi jeszcze jakieś strony tego sporu?




* ikony pochodzą z www.vectorcopy.com

#5 Czuć Luz - Nie samą rzeczywistością człowiek żyje, czyli gry wrestlingowe

Wrestling to rozrywka sportowa czyli coś co idealnie nadaje się do przeniesienia w świat wirtualny. Dzięki uprzejmości twórców i wydawców, mamy do dyspozycji całkiem sporo gier o tematyce zapasów. Wiadomo, że prym w ich ilości wiedzie WWE, ale nie tylko. Przyznam szczerze, że przy kilku grach tego typu spędziłem sporo godzin, grając głównie z przyjaciółmi. To była duża frajda i choć zabrzmi to trochę nerdowsko to czasami był najlepszy sposób na spędzenie czasu. Teraz już mniej czasu poświęcam na granie w ogóle, ale jestem na bieżąco z grami komputerowymi związanymi z wrestlingiem... chociaż słowo "komputerowe" powinno tu być wzięte w cudzysłów, ponieważ dopiero od WWE 2k15 mamy okazję grać na PC w gry o tej samej jakości co konsolowe. Cóż, wstęp wyszedł mi całkiem długi, pora przejść do właściwej treści. Gorąco zapraszam do lektury!



Nie samą rzeczywistością człowiek żyje, czyli gry wrestlingowe!



1. TNA iMPACT!

Pozwolę sobie zacząć od mniejszości na rynku gier o tematyce wrestlingu. TNA nie jest gorsze od swojego większego konkurenta ( no, umówmy się, obecnie nie jest to już żadna forma konkurencji ) i także ma swoją grę wydaną w 2008 roku. Jest to dość stara produkcja, ale czasami mam do niej dostęp i gra się wciąż przyjemnie. Porównajmy tę grę do Smackdown vs Raw 2009 z uwagi na ten sam okres wydawniczy. Gra z Total Nonstop Action w roli głównej oferuje nieco inną charakterystykę roz(g)rywki. Przede wszystkim mamy okazję powalczyć w sześciobocznym ringu, rozegrać Ultimate X Match, a także bardzo dużo poskakać. Ataki springboardowe z rozbiegu zostały wprowadzone do gier WWE dopiero od WWE 12 jeśli mnie pamięć nie myli. Takie rzeczy w TNA iMPACT! już w 2008 roku! Jeśli mam się do czegoś w tej grze przyczepić to są to dwie rzeczy, a w zasadzie trzy. Zacznę od tej najmniej ważnej. Wejściówki zawodników są mocno ograniczone i są niestety tylko w formie kilkusekundowego tańca na rampie. Jestem w stanie jednak puścić to płazem, ponieważ entrance z czasem i tak się pomija. Drugą rzeczą jest move-set. Albo nie potrafiłem nigdy go w pełni wykorzystać albo jest bardzo okrojony i walka dłuższa niż 10 minut praktycznie cały czas się zapętla przez małą ilość ruchów. Trzecią rzeczą jest kiepski według mnie tryb Story Mode. Nie wszyscy tak na niego narzekają, ale miałem trudności z doprowadzeniem go do końca przez monotonię. Jeżeli jednak mam jednoznacznie polecić tą grę lub jej nie polecać to skłaniam się raczej ku pierwszej opcji. Trzeba przyznać, że jest to rodzynek wśród sernika gier od WWE. Nie każdy go polubi, ale są smakosze, którzy wolą to od głównego dania.


2. WWE Smackdown vs Raw

Od 2004 do 2010 roku wydawane były gry spod szyldu WWE - Smackdown vs Raw. Po tylu latach zrezygnowano z tego tytułu, który nie miał już racji bytu ( brandy nie rywalizowały, nie były całkowicie oddzielne ). Zdecydowanie nie każda z tych gier jest godna polecenia, ale skompresuję wszystko co mam do powiedzenia na ich temat do takiego podpunktu. Ważną zależnością w tych grach jest to, że starsze przodują pod względem historii i kariery. Im dalej w las tym gorzej, a w SvR 2009 tryb kariery kompletnie spłaszczono, a wprowadzono rewolucyjne Road To Wrestlemania, ale o tym troszkę później. Idealnym balansem między grywalnością, grafiką, fizyką i silnikiem, a historią jest moim zdaniem Smackdown vs Raw 2007. Przy tej odsłonie spędziłem chyba najwięcej czasu. Roster był bardzo ciekawy, tryby gry również ( Buried Alive, Triple Threat Tag Team, dobrze zrealizowany Money in the Bank! ). Może w dalszym ciągu irytują mnie niedoróbki takie, jak kiepski sposób biegania ( raz obrany kierunek nie może być płynnie zmieniany ). Za to cieszy coś co zabrano chyba już rok później, aby przywrócić w WWE 12 - zachowywanie finisherów. Wrócę jeszcze na moment do trybu kariery - oprócz tradycyjnej historii zawodnika ( własnego lub wybranego ) możemy także zabawić się w GM'a co pozwala zachować nas przy grze na dłużej. To by było na tyle jeśli chodzi o odsłonę 2007. Smackdown vs Raw 2009 wprowadziło wspomniany przeze mnie wcześniej tryb Road To Wrestlemania. W porządku, jest on ograniczony długością, całkowicie oskryptowany, ale wychodzi to grze na dobre. Na małej przestrzeni dzieje się sporo akcji, a wszystko jest bardzo wciągające. Tryb kariery niestety ograniczył się tylko do zdobywania pasów i wygrywania kolejnych walk o ile dobrze pamiętam. Odsłonę 2009 wspominam tylko dlatego, że była czymś nowym właśnie pod względem głównego trybu rozgrywki. Skoro mowa o nowościach to Smackdown vs Raw 2011 dało nam ich aż kilka. Po pierwsze nowa fizyka ( wreszcie można niszczyć stoły zwykłymi rzutami... ale ta fizyka przyniosła też kilka nowych bugów ), po drugie aktywne minitrony, po trzecie sterowanie kierunkiem rzutów, a po czwarte i najważniejsze - Universe Mode! W chwili premiery tej gry było to coś niesamowitego, świeżego i zwiastującego super zabawę. Później nie było już tak kolorowo i brakuje chociażby zmian składu Money in the Bank Matchu, większej ilości cut-scenek czy ręcznego ustalania pretendentów do tytułów. Mimo wszystko w połączeniu z dobrym wydaniem trybu Road To Wrestlemania ta gra wciąż się broni i czasami lubię do niej wracać.


3. WWE All Stars

Po drodze pojawiła się jeszcze luźniejsza produkcja - WWE All Stars. Skierowana zdecydowanie do młodszej części publiki, a przynajmniej taki był jej zamysł. Pierwszy raz mieliśmy okazję skonfrontować starsze pokolenie zawodników z młodym. Aż szkoda, że to wszystko w tak cukierkowej oprawie, irytującym sterowaniu i kretyńskiemu systemowi przypięć. Tryb Fantasy Warfare oferował nam chociażby takie starcie, jak Steve Austin vs CM Punk, a także wiele innych. Proma tych walk były zrealizowane dokładnie tak, jak poziom WWE - świetnie. Gdyby taki tryb pojawił się w grze stawiającej bardziej na realizm to zostałbym kupiony... niestety tak się nie stało. Oprócz wspomnianego trybu w grze była jeszcze możliwość rozegrania czegoś na kształt Road To Wrestlemania, ale ograniczało się to tylko do wygrywania walk przeplatanych z promami głównego rywala. Nie jest to gra, którą bym polecał. Jeżeli kogoś interesuje tryb Fantasy Warfare to warto go sobie obejrzeć na przykład na YouTube.




4. WWE 12-14

Od 2011 roku zrezygnowano z tytułu Smackdown vs Raw. WWE 12 miało być niesamowitym nowym startem dla tej serii gier. Jak się okazało? Faktycznie było o wiele lepiej niż przed rokiem. Jeszcze lepsza fizyka, poprawiony Universe Mode, a także innowacyjne podejście do trybu Road To Wrestlemania, w którym historie trzech bohaterów łączyły się w całość. Muszę przyznać, że była to chyba najlepsza edycja jeżeli chodzi o Road To Wrestlemania i aż szkoda, że rok później zrezygnowano z tego na rzecz odtwarzania historii ( ten trend trwa z resztą do dzisiaj ). Niestety, ale ta gra nie wytrzymuje zbyt dobrze próby czasu. w Universe Mode widać, że poprawione błędy przyniosły wiele kolejnych, fizyka także nie została oczyszczona z rażących bugów. Na plus tej edycji można jeszcze wymienić nowy system submissionów, przez który wreszcie można było mieć realny wpływ na to czy nasza postać odklepie. Poza tym, Road To Wrestlemania jest raczej do przejścia tylko jednorazowo, a przy dość monotonnym Universe, gra szybko się nudzi. Mimo wszystko wprowadziła powiew świeżości w grach WWE, której niestety brakowało przez kolejne edycje i z tego powodu chyba nie warto ich wspominać. WWE 13 dało nam tryb Attitude Era, WWE 14 tryb 30 Years Of Wrestlemania. Wszystko to odtwórcze badziewie odbierane przez fanów jako lenistwo twórców. W kwestii gameplayu nie zmieniło się zbyt wiele w tych odsłonach i rok w rok oglądaliśmy jedynie to samo z odświeżonym rosterem. W mojej opinii okres wydawania tych gier jest jednak najsłabszy w historii serii chociaż tak jak mówiłem, WWE 12 jest warte przyjrzenia się.


5. WWE 2k15

Chociaż firma 2k wydała już edycję 2014 jako "WWE 2k14" to dopiero tę grę uznaję za ich pełnoprawne dzieło. Zmieniło się bardzo dużo, jest to pierwsza next-genowa wersja gry o tematyce wrestlingu i widać to. Nowa fizyka, lepsza grafika. Powraca tryb kariery, wokół którego powstało wiele szumu przed premierą. Jak się okazało? Ilość cut-scenek delikatnie mówiąc mało zadowalająca, irytujący brak feudów przez większą część roku. Mimo wszystko Tryb Kariery to dobry ruch, a jedyne czego potrzeba to więcej pracy nad nim, aby przyciągał na długie godziny i nie irytował. Universe Mode sukcesywnie poprawiany przez lata nadal nie osiągnął perfekcji chociaż jest coraz lepiej. W wersji na starsze konsole dostaliśmy tryb Who Got NXT w zamian za brak Trybu Kariery co było kpiną z fanów i absolutnym bullshitem. Taka zagrywka niby miała skłonić do kupna nowych konsol i gry właśnie na nią, ale umówmy się... PS4 i XONE nie były wtedy na rynku tak długo, aby z podobną ignorancją traktować ludzi, którzy jeszcze ich nie posiadają. Już w tym roku zrozumiałbym podobny ruch twórców i wydawców. Co jeszcze dało nam WWE 2k15? Showcase Mode... czyli skoro już wprowadziliśmy w nasze gry odtwarzanie historii to nie zrezygnujemy z tego choćbyśmy mieli dać 20 trybów gry, aby wszystko pomieścić. Na szczęście ta odsłona jest w tej kwestii ciekawsza. Dostajemy kilka rywalizacji z przeszłości i odgrywamy wszystko ze szczegółami, a cut-scenki w tym trybie są satysfakcjonujące jeżeli chodzi o ich wykonanie. Mimo wszystko sądzę, że WWE 2k15 za 3 lata będzie wyglądać podobnie, jak teraz WWE 12. Na ten moment jest to gra dosyć dobra, która mimo błędów jest całkiem grywalna. Z perspektywy czasu nie będzie już zbyt atrakcyjna i pewnie będę wolał odpalić sobie SvR 2007 niż WWE 2k15.



Po przeczytaniu całego artykułu zapewne możecie się domyślić, którą część gier o tematyce wrestlingu lubię najbardziej. Jest to Smackdown vs Raw 2007 i mimo corocznego pojawiania się nowych edycji, żadna nie potrafi dorównać tamtej chyba, że jesteś fanem grafiki i fizyki ponad historią i grywalnością... lub po prostu masz własne podejście. Już w tym roku WWE 2k16, przy okazji premiery z całą pewnością będzie trzeba rozliczyć ją z tego czy powtarza błędy poprzedniczek czy jest krokiem naprzód. Możemy jeszcze czekać na grę od Impact Wrestling, ale miała ona wyjść kilka lat temu, kiedy federacja jeszcze nieźle stała finansowo. W obecnych czasach jest to chyba mało prawdopodobne, aby takie coś pojawiło się na rynku. Jak widzimy WWE roznosi konkurencję nie tylko na polu czysto biznesowym, ale także w dziedzinie elektronicznej rozrywki...

#4 Czuć Luz - Wrestling w wakacje!

Wakacje to specyficzny okres, w którym mimo większej ilości czasu... mniej się nam chce. Tyczy się to wielu elementów. Niektórzy obiecują, że będą się uczyć i nadrabiać materiał, wiadomo że nic z tego nie będzie. Są też fani wrestlingu, którzy mają ambitny plan obejrzeć dosłownie wszystko co zaoferuje świat w przeciągu dwóch miesięcy wolnego. Osobiście przyznam się, że nie należę do tej grupy... ale to może zaznaczę nieco później, ponieważ dzisiaj spróbuję nakreślić typy podejścia do oglądania wrestlingu w wakacje. Banał? Zobaczymy ;)


Wrestling w wakacje!



Wakacje? Czemu mam coś zmieniać? - Przede wszystkim, wakacje mogą w ogóle nie wpłynąć na Twoje zainteresowanie. Czy listopad czy lipiec, bez znaczenia. Wrestlingiem interesujesz się tak samo bez względu na to czy jesteś prawdziwie smartowym fanem czy oglądasz tylko WWE Raw i PPV. Jeszcze kiedyś należałem do tej grupy, ponieważ nie miałem ochoty na poświęcanie większej ilości czasu na wrestling niż zazwyczaj. Powód tego podejścia był bardzo prosty - no cholera, wakacje, lato, przyjaciele, imprezy :D W deszczowe dni wolałem poczytać albo zaprosić kumpli żeby pograć w FIFĘ na konsoli... ale zawsze znajdował się czas na cotygodniowe Raw, NXT oraz wkradały się inne gale.

Są wakacje, chyba od tego odpocznę - Grupa, z którą chyba najbardziej się utożsamiam. Może trochę źle mówić o tym publicznie na blogu, ale w okresie wakacyjnym ograniczam wrestling do minimum. Poza PPV obejrzę może jakieś Raw albo NXT. Nie wczuwam się jednak, ponieważ dla mnie wakacje są odpoczynkiem od oglądania wrestlingu i tak już mi się utarło. Czy to jest dobre podejście? Najważniejszą rzeczą w tym artykule jest fakt, że żaden z podpunktów nie jest ani w pełni dobry ani w pełni zły. Głównym minusem właśnie opisywanego jest to, że po dwóch miesiącach unikania wrestlingu można zgubić się w wydarzeniach... ale zawsze można to jakoś nadrobić, nic straconego. A od września można wrócić z nowymi chęciami, według mnie nie takie złe wyjście.

W wakacje obejrzę tyle wrestlingu ile się da! - W sumie ciężko mi ocenić popularność tego podejścia, ale osobiście miałbym dość wrestlingu na długi, długi czas, gdybym przez 2 miesiące oglądał większość światowych gal. Czy to świadczy o tym, że wcale jakoś nie kocham wrestlingu? Czy ja wiem... po prostu wszystko w nadmiarze staje się nie do zniesienia. Dla niektórych ten nadmiar jest w całkowicie innym miejscu niż u mnie. Dla opisywanej właśnie grupy ten nadmiar może nawet nie istnieć.


Patrząc po ilości moich i nie tylko artykułów można wysnuć prosty wniosek na temat tego do jakiej grupy się zaliczam ( oraz reszta ekipy Smart Fan Zone ). Do jakiej wy się zaliczacie? A może macie jakieś całkowicie inne podejście, które pominąłem? Zapraszam do podzielenia się tym, jak wy traktujecie wrestling podczas wakacji!


#3 Czuć Luz - Top 10 theme songów w WWE

Po dwóch odcinkach dotyczących stricte tematu związanego z ringiem WWE, pora na coś luźniejszego zgodnie z tytułem cyklu. Wciąż jednak pozostajemy przy temacie związanym z wrestlingiem, ale bardziej od strony otoczki całego show. Dla mnie osobiście rola theme songów jest bardzo duża czego przykładem może być Fandango, którego nutkę ludzie podchwycili i dało mu to chwilę chwały. Na przestrzeni lat w WWE przewijały się różne theme songi. W dużej mierze do dzisiaj są to utwory produkowane przez Jima Johnstona ( Stardust, The Shield, John Morrison, Brock Lesnar i wiele, wiele innych ), ale nie tylko. Część wrestlerów korzysta z muzyki stworzonej przez zespoły ( CM Punk, Dolph Ziggler, The Miz ). Wiadomo, że dla WWE wygodniejsze jest korzystanie, że tak powiem, z usług własnego producenta. To jednak taka mała wzmianka na ten temat, która absolutnie nie wpłynie na mój ranking. Skoro już o nim mowa to już na wstępie zaznaczam, że jest on subiektywny i momentami pewnie bez sensu. Wybieram do swojego Top 10 theme songi, którymi jarałem się w ciągu tych kilku lat zainteresowania wrestlingiem, ale zastrzegam sobie prawo do zapomnienia o niektórych :) Gotowi? W takim razie zaczynajmy!


TOP 10 Theme Songów WWE



#10
Jim Johnston - Fight ( Kevin Owens ) - Posłuchaj

Moje zestawienie zaczynam stosunkowo świeżym theme songiem obecnego mistrza NXT. Jest to przykład theme songu, w którym słowa są zwyczajnie zbędne. Być może mam delikatne wrażenie, że gdzieś już słyszałem niektóre patenty tu wykorzystane, ale całokształt tworzy świetny kawałek idealnie pasujący do prostego wejścia Kevina Owensa. Dobra produkcja Jima Johnstona otwiera moje Top 10.

#9
CFO$ - Catch Your Breath ( Finn Balor ) - Posłuchaj

Do gry wchodzi kolejna postać z NXT i wspaniały moim zdaniem theme song. Uznaję go obecnie za najlepszy w NXT o czymś świadczy fakt, że wyżej w zestawieniu właśnie przez Ciebie czytanym nie ma już ani jednej muzyki wejściowej z rozwojówki. Jest to theme song dynamiczny i tak bajecznie zgrany z samym wejściem Balora, że zastanawiałem się czy nie umieścić go wyżej w rankingu i ostatecznie zadecydowało chyba to, że jest to wciąż NXT i kilka theme songów w WWE powoduje u mnie lepsze wspomnienia.

#8
Jim Johnston - Are you ready? ( D-Generation X ) - Posłuchaj

Theme song D-Generation X również mógłby być nieco wyżej, ale przegrywa pod względem czysto muzycznym. W użyciu przez DX sprawdzał się świetnie. Klasykiem jest entrance tej grupy podczas bodajże Summerslam 2009 z użyciem czołgu. Zdaję sobie sprawę, że na ósmym miejscu miało być prawo bardzo dużo wejściówek, może i lepszych. Cóż... ja głównie z sentymentu do mojej niegdyś ulubionej stajni, umieszczam ich theme song na miejscu numer osiem.

#7
Downstait - I Came to Play ( The Miz ) - Posłuchaj

Downstait jest wykonawcą, z którego muzyki na wejście korzysta także Dolph Ziggler. Tak naprawdę zarówno "I came to play", jak i "Here to show the world" można umieścić na siódmym miejscu zamiennie. Zdecydowałem się na utwór wykorzystywany przez The Miza głównie ze względu na to, że jest o wiele lepszym songiem niż poprzedni, z którego korzystał Mizanin. Głównie za ten skok jakościowy, a także za to, że moja postać w SVR 2011 miała przez pewien czas ten theme song :D

#6
Endeverafter - No More Words ( Jeff Hardy ) - Posłuchaj

No More Words... nie za bardzo potrafię określić co mi się w tym utworze podoba. Po prostu jest kawałem dobrej muzyki, charakterystycznej dla Jeffa Hardy'ego. Samego Jeffa niestety nie ma już w WWE, a ostatni raz jego postacią w grze wrestlingowej miałem okazję grać w SVR 2010 i wtedy z kolei jego theme song często wykorzystywałem dla jednej z postaci. No nie mówcie, że to jest zły kawałek. Moim zdaniem zasługuje na miejsce szóste.

#5
Fozzy/Jim Johnston - Break The Walls Down ( Chris Jericho ) - Posłuchaj

Utwór dla Y2J'a właściwie skomponował Jim Johnston, ale wykonywany jest przez Fozzy... i to czuć! Już od pierwszych chwil tego theme songu słychać, że został wynaleziony przez Chrisa i stworzony specjalnie dla niego. Jericho używa także swojego oryginalnego wejścia. Swego czasu on i Edge mieli najfajniejsze utwory na wejście w WWE. Były to czasy, kiedy szczytem kreatywności w kwestii wejściówek były theme songi pokroju tego dla Undertakera. Teraz może nawet umieściłbym go niżej niż na miejscu piątym, ale "Break The Walls Down" doskonale przetrwało próbę czasu i urywa dupę mimo upływu lat!

#4
Saliva - I Walk Alone ( Batista ) - Posłuchaj

Kto uważa, że "I walk alone" nie pasuje do wizerunku Batisty, niech pierwszy rzuci kamień. Ten kawałek nabierał energii zwłaszcza w chwilach, kiedy Batista wchodził do ringu w ciemności, a także przy okazji największych gal typu Wrestlemania. Tak naprawdę mało mogę napisać na temat tego theme songu, więc musicie po prostu pogodzić się z tym, że mi się podoba.

#3
Killswitch Engage - This Fire Burns ( CM Punk ) - Posłuchaj

CM Punk miał w WWE tylko dwa theme songi. "This fire burns" oraz "Cult of personality". Są fani tego pierwszego, a także tego drugiego. Ja należę do tych pierwszych i uważam, z całą sympatią dla Living Colour, że ich utwór nie umywa się do agresywnego kawałka jaki zaserwowało Killswitch Engage. On po prostu pasował do CM Punka i całej jego postaci. Ostatnią okazją na jego usłyszenie było Money in the Bank 2011 i sądzę, że to nie jest przypadek, że akurat to wejście Punka uważam za najbardziej energiczne i najlepsze w jego karierze w WWE. Oczywiście Chicago też zrobiło robotę, ale "This fire burns" brzmi tam lepiej i jest jedynym słusznym utworem dla Punka. Miejsce trzecie w moim rankingu jak najbardziej pewne i bez cienia wątpliwości.

#2
Alter Bridge - Metalignus ( Edge ) - Posłuchaj

Ehh... jeżeli byłoby to zestawienie, w którym o pozycji danego theme songu decyduje to, jakie wspomnienia związane z nim przywołuje to właśnie ten utwór byłby na pierwszej pozycji. Z jakiego powodu? Otóż to bardzo proste. Wrestlemania 27 to gala, z którą minął dokładnie rok mojego zainteresowania wrestlingiem. Byłem w początkującym stadium bycia fanem i generalnie brałem to na serio. Wtedy, jak wszyscy wiemy, Edge musiał odejść z powodu kontuzji. Myślę, że teraz przeżyłbym to z taką samą intensywnością mimo wiedzy o tym biznesie obejmującej znacznie większy zakres niż wtedy. Po prostu to było coś zaskakującego i najzwyczajniej w świecie smutnego. Ostatnie wejście Edge'a na Smackdown... wtedy, kiedy ta gala jeszcze cokolwiek znaczyła. No... a oprócz tego jest to po prostu świetny utwór i tak, jak wspomniałem przy okazji "Break The Walls Down" - Edge i Y2J mieli kiedyś najfajniejsze wejściówki w całym WWE... i przetrwały one próbę czasu z godnością.

#1
Motorhead - Line in the Sand ( Evolution ) - Posłuchaj

Evolution to jedna z największych grup w historii WWE. W prawdzie mieliśmy jej mały comeback przy okazji feudu z The Shield, ale doskonale wiemy, że to jedynie próba przypomnienia sobie jakże świetnej historii tej stajni. Ric Flair, Triple H, Randy Orton i Batista - w czasach świetności każdy z nich był mistrzem i naprawdę był to idealny przykład stajni dominującej cały roster. Ich theme song jest majstersztykiem. Z resztą Motorhead jest odpowiedzialny także za wejściówkę Triple H'a, której nie ma w tym zestawieniu tylko dlatego, że nie chciałem powielać utworów stworzonych przez jednego artystę/zespół ( wyjątkiem Jim Johnston czego raczej nie dało się uniknąć ).



Okej, pora kończyć. To było moje osobiste Top 10 theme songów w WWE. Jeżeli uważacie, że coś jest nie na swoim miejscu lub jakiegoś utworu po prostu brakuje to śmiało piszcie. Chętnie poznam wasze ulubione theme songi... może nie tylko te z WWE?

#2 Czuć Luz - O Romanie Reignsie słów kilka

Cześć! Czas na drugi odcinek "Czuć Luz", którego bohaterem będzie Roman Reigns. Największa fala oburzenia w związku z pushem dla tego zawodnika już przeminęła, ale wciąż jest on wpychany w Main Eventy zdecydowanie na siłę, a ludzie nie lubią, jak coś im się wpycha i mają to bezkrytycznie przyjąć. Zastanówmy się jednak skąd taka niechęć do Romana i czy wina za taki stan rzeczy jest bardziej po stronie jego samego czy WWE.

Roman Reigns jako materiał na gwiazdę...


W czasie istnienia The Shield każdy z jej członków miał przyczepioną już pewną metkę. Dean Ambrose - ex Jon Moxley z CZW, bardzo dobry na mikrofonie i charakterystyczny. Seth Rollins - ex Tyler Black z ROH, fenomenalny w ringu. Roman Reigns - drewno, pierwszy do odstrzału. Ludzie widzieli w nim tylko powerhouse'a, a i to określenie było na wyrost i bardziej podrzucone nam przez WWE niż wykreowane naturalnie. Niestety, już wtedy pojawiały się obawy, że to Reigns po rozpadzie The Shield będzie mógł liczyć na największy push. Do dzisiaj jest to dla mnie niezrozumiałe, gdyż w mojej opinii ten facet nawet nie ma tego, tak bardzo wytykanego przez niektórych, wyglądu. Przyznam rację co do tego, że Roman rozwinął się od czasu rozpadu Tarczy, ale nie jest to rewolucja ani ewolucja. Po prostu podciągnął się nieco w aspektach, w których był chujowy. Teraz jest w nich już tylko nie najgorszy.
Skoro zawodnik czyni jakieś tam postępy to należy dać mu czas, aby ten progres trwał. Jedną z największych krzywd wyrządzonych Reignsowi przez WWE było rzucanie go na aż tak głęboką wodę, jak wygranie Royal Rumble i Main Event Wrestlemanii. Dlaczego ten pomysł był beznadziejny i aż tak brzemienny w skutkach? Po pierwsze rywalem Romana był Brock Lesnar. Gość, który pokonał Undertakera... miałby być przypięty przez tego Reignsa? Chyba każdy przyzna, że to byłoby sprofanowanie legendy streaku. Do tego Brock Lesnar ma jedną poważną wadę... brak mic-skilla. Wyręcza go wręcz perfekcyjnie Paul Heyman i tutaj pojawia się kolejny kłopot... Roman Reigns został zjedzony przez promotora. Mimo takiego stanu rzeczy i beznadziejnego feudu, z zaplecza wciąż docierały do nas informacje, jakoby Roman miał wyjść z Wrestlemanii jako mistrz WWE. Fani coraz mocniej wyrażali swoje oburzenie, a Vince prawdopodobnie poczuł, że jest już ręką w nocniku. Drugi rok z rzędu jego plan nie wypalił tak naprawdę zanim jeszcze miał miejsce. WWE musiało wiedzieć, że fani męczą się z Reignsem, który nie potrafi nawet sklecić dobrego promo. Na ratunek przyszedł Seth Rollins i drugi raz fani postawili na swoim. Trzeba przyznać, że z buntu fanów wobec Reignsa wynikła jedna z lepszych rzeczy w ciągu ostatnich kilku lat. Z jednej strony jestem zadowolony jako fan.
To jeszcze nie czas na Romana Reignsa. Najgorsze jest to, że w dalszym ciągu wyskakuje on z lodówek fanów. Już przed Money in the Bank można praktycznie w ciemno stawiać, że to właśnie były członek The Shield zgarnie walizkę z kontraktem. Oczywiście liczę na niespodziankę, ale to jest najbardziej prawdopodobny scenariusz. Vince nie odpuści sobie promocji tego chłopaka, ale chyba nie rozumie, jak wielki błąd robi i może już nigdy nie zyskać dla niego poparcia fanów. Wystarczy popatrzeć na Royal Rumble 2015. Reigns autentycznie cieszył się ze swojej wygranej, ale fani nie pozwolili mu na to. Czy to jego wina? Absolutnie nie! WWE poczyniło naprawdę chory booking i nie dość, że wygrał gość, o którym było praktycznie wiadomo, że to wygra... to jeszcze był to najgorszy RR Match w historii. To wszystko zebrało się na okropny heat, na który Reigns nie zasłużył. Głos ludu poszedł jednak w świat i ludzie to podchwycili. Byli zażenowani całą sytuacją i sposobem w jaki to rozegrano. Reigns nie miał prawa wygrać na Wrestlemanii po czymś takim. Wszystko okej, ale czy przez te kilka miesięcy coś się zmieniło? Wizerunek Romana wciąż jest taki sam, a on nie stał się jakoś zauważalnie lepszy. Myślę, że może zostać gwiazdą, ale niech WWE pójdzie po rozum do głowy i da mu się rozwinąć gdzieś indziej niż wokół Main Eventu lub przy okazji miliardowego starcia z Big Showem.
Sam nie jestem fanem niczego co oferuje Reigns, ale irytuje mnie fakt, że WWE pieprzy mu karierę przez głupi booking i wciskanie go nam na siłę ( pewnie napisałem to już z 20 razy ). W moich oczach jest on najmniej utalentowany z całej trójki byłego The Shield, ale drzemie w nim potencjał bo już naprawdę gorsi wrestlerzy zagrzewali miejsce w Main Eventach. Wszystko w rękach WWE, a Reigns może tylko stawać się coraz lepszy za mikrofonem i w ringu, aby wreszcie fani kupili go jako supergwiazdę.


#1 Czuć Luz - Punk vs Cena, czyli WWE jednak potrafi!

Witajcie w mojej nowej serii! Nazywa się ona dokładnie tak, jak widzicie czyli "Czuć Luz" i na wstępie zaznaczam, że nie będzie dotyczyła tylko wrestlingu. Dzisiaj w prawdzie akurat o tym, ale nie zawsze tak będzie. Chciałem po prostu utworzyć cykl, aby pozbierać moje wszystkie myśli, które chcę przekazać w jednym miejscu. Zaczynamy od przyjrzenia się kondycji WWE jeżeli chodzi o tworzenie wciągających i interesujących storyline'ów...

CM Punk vs John Cena - rok 2011



Tą walkę pamiętają chyba wszyscy. CM Punk vs John Cena - Money in the Bank 2011 ( Chicago, Illinois ). Wszystko nie tylko w tej walce, ale i w tym feudzie było na miejscu. Arcyważne było postawienie CM Punka w roli mocnego underdoga, gdyż stając naprzeciw Ceny musisz być Brockiem Lesnarem, aby nie być postrzeganym jako ten, który co najwyżej może sprawić niespodziankę. Na całe szczęście WWE było chyba w doskonałej formie i fani uwierzyli, że Punk faktycznie może pokonać Cenę. Kluczowym momentem były jego wybitne proma ze słynnym, wygłoszonym podczas Raw Roulette, shootowym promo przerwanym przez odłączenie mikrofonu ( Nie pamiętasz? Sprawdź! ) na czele. Dla mnie jest to już klasyka gatunku i przy okazji wspominania tego konfliktu - ten speech wraca do głowy. Od tego momentu oraz ogłoszenia, że CM Punk opuszcza WWE po gali Money in the Bank - zaczęliśmy wierzyć, że Punkowi się uda. Czy wierzyliśmy, że faktycznie ostatni raz zobaczymy go właśnie na MiTB to już inna sprawa ;)

Równie ważnym aspektem co postawienie Punka w roli wiarygodnego rywala dla Ceny było pokazanie, że nie ma faktycznie nic do stracenia oraz trzyma w garści McMahona i całe WWE. To również moim zdaniem się udało. Punk, któremu kończy się kontrakt, walczy o pas WWE. Vince mimo wszystko musi dopuścić do siebie myśl, że John Cena może nie obronić pasa, a wtedy CM Punk opuści federację z pasem mistrzowskim. Taka wielka marka nie może sobie na to pozwolić. CM Punk doskonale o tym wie... i ma okazję do zabawy. Negocjowanie nowego kontraktu dla Punka miało burzliwy przebieg. McMahon zawiesił nawet Brooksa, ale bohaterski John chciał pokonać go 1 vs 1, czysto... jak się skończyło, wszyscy wiemy. Doszło nawet do jawnych negocjacji McMahona z Punkiem podczas których Phil domagał się wszystkiego co paradoksalnie już kilka miesięcy później miał. ( Segment, o którym mowa - przypomnij sobie czym jaraliśmy się 4 lata temu ). Ostatnie chwile tego segmentu to coś czego McMahon najbardziej się bał... ostatnie słowa Punka to perfekcyjne zakończenie drogi do Money in the Bank i już wtedy można było się spodziewać czegoś niespodziewanego.


No i jesteśmy! Po kilku tygodniach hype na tą walkę osiągnął wysokość najwyższych wież w Dubaju. CM Punk i John Cena w ringu, na szali pas WWE i na dobrą sprawę kariery obu zawodników ( przynajmniej wtedy tak kazano nam myśleć ). Nie mogło być lepszego miejsca na rozegranie tej bitwy niż Chicago. John Cena wychodząc do ringu z opuszczoną głową... to jest prawdziwe Once in a lifetime. Wtedy jego szanse zmalały, przynajmniej psychologicznie. A Punk? Przywitany, jak bohater we własnym domu. Transparenty "CM Punk" "If Cena wins, We riot" itp. zbudowały taki klimat, którego po tym wydarzeniu już chyba nie spotkałem w WWE. ( Entrance CM Punka w Chicago - Klasyk! ). Warto wspomnieć, że był to ostatni raz, kiedy usłyszeliśmy "This Fire Burns" czyli w mojej opinii najlepszy theme song Punka. Nie wiem jak wy, ale ja czułem autentyczne emocje, a przecież wiedząc, że w WWE wszystko jest ustalone odgórnie - wcale nie jest to takie proste. Sama walka to w końcu jedyny 5-star w federacji McMahonów od wielu, wielu lat. Efektowne nearfalle, submissiony, akcje. Na tamten moment to było najlepsze co WWE mogło nam zaoferować i dostaliśmy to! Końcówka tego długiego pojedynku to znowu "bohaterstwo" Johna Ceny. McMahon i John Laurinaitis ( wtedy jeszcze nikt nie wiedział co to do cholery za koleś ) chcieli powtórzyć Montreal Screwjob, ale aktualny wtedy mistrz WWE nie pozwolił na to. Uderzył Laurinaitisa w twarz i wykrzyczał, ze chce to wygrać na swój sposób... po czym wślizgnął się do ringu, otrzymał GTS i został odliczony do trzech. Piękny koniec walki! Mina McMahona bezcenna, reakcja fanów również. Vince próbował ratować sytuację wzywając Alberto Del Rio do zainkasowania swojego kontraktu Money in the Bank, ale to byłby taki bullshit, że nawet strach myśleć. CM Punk obronił się i opuścił arenę z pasem WWE. Niesamowity obrazek, który warto pamiętać.


Money in the Bank zakończyło się wspaniałym triumfem CM Punka i całego Chicago. Vince McMahon odniósł sromotną porażkę, ale żałoba nie trwała długo. Bardzo szybko wyłoniono nowego mistrza WWE. Został nim Rey Mysterio, który pas stracił szybciej niż go zdobył - na rzecz Johna Ceny. Tej samej nocy powrócił CM Punk i feud został kontynuowany. Punktem kulminacyjnym mimo wszystko zawsze będzie dla mnie Money in the Bank PPV i genialny 5-star match ze wszystkim co powinien dawać fanom wrestling. WWE przyzwyczaiło nas do tego, że serwuje masę bullshitów i bzdur, których fani nie kupują. Takimi wyjątkami, jak ten przekonują mnie jednak, że POTRAFIĄ!